Niezła Korba w Salzkammergut
Dzień 5. (czwartek)
Wreszcie ferrata! Twardziele (Olek, Janek, Łucja, Natka) podjechali 500 m na rowerach, reszta samochodem. Ferrata niezbyt trudna i niezbyt długa, wszyscy czuliśmy niedosyt... Poszliśmy szukać następnej, ale niestety po długim kręceniu się po krzakach nic nie znaleźliśmy. Za to dużo dalej natknęliśmy się na bajeczny park linowo-ferratowo-wspinowy, jednak dostępny tylko pod opieką Czyjąś Tam :( Zjazd ekipy rowerowej po asfalcie z ostrymi zakrętami zakończył się... podarciem kilku ubrań, a o reszcie obrażeń może nie będziemy pisać. Wszyscy żyją i mają się... w porządku ;)
Dzień 4. (środa) opisała Marta
Wieczorem postawiliśmy sobie ambitny cel, żeby wstać o 7:30 i wcześnie zacząć sportową aktywność. Wyszła jednak łóżkowa bierność, bo budzik nie został nastawiony... Jak już udało nam się zjeść śniadanie (ja serwowałam tosty francuskie - do wyboru wersja z oregano lub bardziej delikatna - z mlekiem, do tego jogurt, po którym jesteś fit), ruszyliśmy na rowery.
W planie było ok. 30 km - pierwszy etap z Salzkammergut Trophy 2010. W sumie 1150 m przewyższenia. Najpierw 850 m na 11 km, potem 7 km zjazdu, znów podjazd 300 m na 4 km i końcowy zjazd 10 km. Tyle suchych danych. A jak to wyglądało naprawdę?
Ubraliśmy się dość ciepło, bo nocny chłód nieco się przeciągnął. Jednak już przy początku pierwszego podjazdu zrobiło się całkiem ciepło - i nie chodzi tylko o słońce. Czekało nas dłuuugie wolne pedałowanie, które miło zaczęło się gładkim asfaltem. Ekipa przodująca (Janek z Olkiem, tuż za nimi dzielne Łucja i Natka) co jakiś czas zatrzymywała się i czekała na resztę (najpierw samotnie ja, potem Mania z dotrzymującym jej towarzystwa Arusem). Było ciężko, ale systematycznie. Ja po raz pierwszy w życiu mierzyłam się z górskim podjazdem, a w dodatku abstrakcyjne 11 km "pod górkę" przerażało mnie doszczętnie. Jednak przezwyciężywszy pierwsze zadyszki spokojnie pedałowałam patrząc tylko na metr przed siebie. Jedna noga, potem druga, jedna, druga, prawa, lewa. Powoli, ale do przodu.
Po jakimś czasie zaczęła się już bardziej wymagająca szutrowa nawierzchnia, co skutkowało ślizganiem się kół w niektórych miejscach. Pojawiło się też odcinkowe prowadzenie rowerów. Oczywiście twardziele z przodu podjeżdżali, jednak mniej doświadczeni cykliści (głównie cyklistki...) musieli pchać swój sprzęt i żałować, że tyle waży to cholerstwo! W jednym miejscu kamienie były tak duże, a podjazd tak stromy, że nawet twardziele zsiedli z rowerów. Choć pod górkę niemal wbiegli!
Im bliżej było szczytu, tym było ciężej. Coraz mniej wypłaszczeń, a stroma trasa nie rozpieszczała nawierzchnią - drobny i mokry żwir sprawiał, że koło kręciło się w miejscu albo nagle zmieniało swój tor, a jak się spadło z roweru, to ciężko było znów zacząć jechać. Dla mnie ten odcinek był najgorszy. Po kilku próbach jechania (bez pomocy Arsua nawet bym nie wystartowała) poddałam się i prowadziłam rower przez jakieś 300 m. Cały czas płakałam - to był poważny kryzys. Na górze znalazłam wesołe towarzystwo zajadające batony i ciasteczka - Niezłokorbowicze byli bardzo zadowoleni z wycieczki, która dla mnie była udręką. Do najwyższego punktu zostało jeszcze trochę - oczywiście pod górkę. Jednak chwila odpoczynku sprawiła, że się uspokoiłam i nabrałam nieco sił, więc choć z tyłu i powoli, to podjechałam wszystko do końca bez histerii.
Droga w dół była oczywiście szutrowa, dość szeroka, wijąca się raz w jedną, raz w drugą stronę. Tutaj chłopcy uczyli nas techniki zjazdu (pośladki za siodełkiem, odgięte kolano na zakręcie itd.). Mimo radości z lekkiej jazdy po wymęczonym podjeździe, hamulce były ciągle w użytku. Okazuje się, że nie wszyscy darzą zjazdy taką samą sympatią. Nasz peleton się nieco rozciągnął. Arus wciąż zamykał stawkę i szlachetnie rezygnował z dania upustu swojej energii (wszyscy wiedzą, jak Arusa potrafi nosić i jak często staje twarzą w twarz ze śmiercią lub chociaż trwałym kalectwem). Zjazd doprowadził nas w końcu do... podjazdu.
Ten wyglądał w perspektywie dużo przyjaźniej od poprzedniego ze względu na swoją długość. Cztery kilometry powinny szybko minąć. Ku naszemu zdziwieniu podjazd był dość łagodny i pedałowanie - choć żmudne - nie było taką udręką jak wcześniej. Końcówka była rzeczywiście ostrzejsza, ale mocno zaciśnięte zęby każdego cyklisty sprawiły, że po krótkim czasie znaleźliśmy się w punkcie NN (No Nareszcie) i dalej było już z górki. Jeszcze chwilię popatrzyliśmy na stado krów stojące tuż obok drogi i pomknęliśmy dalej. Ulubiony szuter (momentami tak stromy, że strach się bać) doprowadził do znanego nam już parkingu (dwa dni temu szukaliśmy tam ferraty). Tu nastąpił moment decyzji - kto chce, zjeżdża przyjemnym asfaltem szybko w dół, inni mogą wybrać mniej przyjemny szuter, ale wynagradzany jazdą przez tunele w skałach i podziwianiem widoków na Bad Goisern i okolice. Wszyscy wybrali opcję numer dwa. Dzielna ekipa. "Spoko szuter taki jak wcześniej" okazał się być wąską ścieżką, na której duże i mokre kamienie przyprawiały o zawrót głowy, a niemal pionowe spadki terenu tuż obok pogłębiały te zawroty. Technika jazdy była tu kluczowa, ręce bolały od potężnych wibracji i zaciskania hamulców, łydki były napięte do granic możliwości. Ja bardzo się bałam. Ten zjazd był potwornie ciężki psychicznie, ciągle wszystko w środku miałam napięte; sam stres. Jeden zdradliwy kamień i mogę leżeć kilkanaście metrów niżej tworząc miękkie lądowanie dla własnego roweru. Prowadzenie swojego pojazdu w dół byłoby chyba o wiele rozsądniejsze. Po jakimś czasie (stanowczo za długim) rzeczywiście tunele i widoki wynagrodziły nam uprzednią męczarnię. W końcu udało nam się dotrzeć do wymarzonego szutru i szybko (stosunkowo) pomknęliśmy na dół. Chwila asfaltu i znów pod górę - ale kres podróży był już w zasięgu... pedała.
Wygłodniali dotarliśmy wreszcie do naszego hotelu. Każdy z innym poziomem zmęczenia, w innym humorze, z innymi wrażeniami i refleksjami.
W sumie przejechaliśmy 41 km, cała wycieczka zajęła nam 6h49min, a samego pedałowania było 3h29min.
Dzień 3. (wtorek)
Bieganie! Pogoda nie sprzyjała - postanowiliśmy aktywnie przeczekać. Dziewczyny nieco wolniej, Janek z Olkiem dużo szybciej, ale wszyscy biegali tyle samo czasu. Góra, dół, góra, dół - było czuć łydki! I pot. A Arus pojechał po linę do Bad Ishl, ale nie znalazł...
Dzień 2. (poniedziałek)
W poszukiwaniu... ferraty. Weszliśmy na górę i znaleźliśmy koniec ferraty, ale niestety schodząc nie znaleźliśmy początku. Może nie byliśmy wystarczająco zmotywowani, plany nieco pokrzyżowała nam burza. Śliskie kamienie przekonały nas do szybkiego powrotu do domu.
Dzień 1. (niedziela)
Zaczynamy relację z niezłokorbowego wyjazdu do Bad Goisern w Austrii!
Niestety połączenie z internetem jest oddalone od domu o 10 km, dlatego nie gwarantujemy częstych updateów. Niemniej - może coś uda się wrzucić.
Dziś zrobiliśmy 37 km na rowerach, głównie po asfaltach i ładnych szutrach. Dobry dystans na rozgrzewkę, niezbyt dużo deniwelacji, a do tego piękne słońce i 25 stopni.
Olek
Napisał/a: Olek, 2010-08-15 20:15:31 komentarze (3) || skomentuj
Mania, 2010-08-15 20:18:22, napisał/a:
ja zrobiłam 44km ! :)
zu, 2010-08-15 23:07:35, napisał/a:
dzięki za smsowy cynk! w wawie burza. była. teraz znów upał.
Dorota, 2010-08-19 17:46:47, napisał/a:
No i co się dalej dzieje, czekam na relacje!!!
Skomentuj ten wpis!


postami.






