Rowerem do Bath
Prognoza pogody przewidywała, że będzie mgła i w Bristolu i w Bath. W moim rowerze to co jeszcze działa to dzwonek (będziemy szybko jechać, więc przyda się przy wyprzedzaniu). Wprawdzie tylny hamulec mam starty do metalu, a przerzutki działają tylko wtedy, jak się je bardzo poprosi i zmienia się je dwoma rękoma na raz, jednak nadal mamy wielką ochotę z rana w niedzielę pojechać na tak zwaną wycieczkę rowerową (15 mil w jedną stronę wedle znaków). Trzeba napierać!
Wstajemy później niż chcieliśmy, ale dzięki temu przywitało nas przepiękne słońce, a także co dziwne w tej części Europy, mróz! Nadzwyczajne. Rower ślizga się przy najmniejszym naciśnięciu hamulców, samochody są oszronione, a tam gdzie jeszcze słońce nie dotarło, wszystko jest zamarznięte. Na początku nie tylko mróz mroził nam krew w żyłach, ale także widok plamy krwi na placu w centrum Bristolu. Miejsce ogrodzone policyjną taśmą, radiowóz i porozkładane numerki przy dowodach zbrodni (!). Anglia to naprawdę dziwny kraj...
Chwilka jazdy przez miasto w stronę stacji kolejowej Temple Meads, a potem już tylko starym duktem kolejowym przez jedne miasto, drugie, łąki, pola. Cudownie jest się wyrwać z miasta. Jedziemy dość równym tempem, najpierw nie przekraczamy 22km/h, bowiem musimy podjechać do Staple Hill i Rodeway Hill, a potem już można było dalej napierać. Trasa nie jest trudna, ścieżka jest w całości asfaltowa, ale za to można naprawdę trenować i tylko skracać czasu dojazdu z miasta do miasta. W pierwszą stronę do Bath całość zajęła nam 1h 25min z prędkością 21km/h. Szybko i przyjemnie! W tym miejscu muszę się rozpłynąć nad siecią angielskich ścieżek rowerowych – one mają prawdziwe skrzyżowania, są na całym terenie Wielkiej Brytanii, oznaczone, mapki po drodze (nie żebyśmy skorzystali, bo droga prosta jak drut, ale zawsze lepiej, że są). Cześć trasy można przejechać pociągiem parowym, który w ten weekend robił specjalny kurs świąteczny.
W Bath było cudnie – strasznie dużo ludzi, mecz rugby nad rzeką, Christmas Market, zakupy świąteczne, tak że z naszymi rowerami trudno było się przebijać. Uzupełniliśmy kalorie pyszną niemiecką bułką z kiełbaską, duszę uleczyliśmy niedzielną wizytą w kościele, oczy nacieszyliśmy piękną architekturą, ale niestety mrozik zaczął się dawać we znaki, a raczej w stópki...
Spowrotem najpierw przebijaliśmy się przez tłum ludzi w amoku szukających prezentów. Potem wzdłuż rzeki Avon do właściwego szlaku i im szybciej tym lepiej... Ręce miałam strasznie zmarznięte, palców u stóp prawie nie czułam, ale kilka minut szybkiej jazdy i wszystko wróciło do normy. W tę stronę jakoś szybciej wszystko migało po obu stronach... Pewnie dlatego, że już się tak nie rozglądałam za widokami, a patrzyłam na koło i plecy Janka podkręcającego prędkość do 33km/h lub ciut więcej... Jechaliśmy dużo szybciej niż w drugą stronę, ale średnia z licznika i tak nie wzrosła nam, bo nabiły się kilometry z łażenia na piechotę do Bath.
Tak patrzę na ten opis i wydaje się jakiś krótki (choć trasa krótka nie była 63.5km), ale co mam pisać jak było intensywnie, szybko, jednym słowem najfajniej!
Napisał/a: Łucja, 2008-12-09 23:13:26 komentarze (2) || skomentuj
Janek, 2008-12-09 23:31:20, napisał/a:
To była bardzo fajna niedzielna wycieczka. A katerdra w Bath jest niesamowita... właśnie w niej była pierwsz koronacja króla Anglii. A z ciekawostek to ilość ekranów plazmowych powieszonych dla wiernych (chyba do wyświtelania tekstu) była równie oszałamiająca. No i skórzane poduszeczki żeby nie klęczeć na ziemi... Ja nie wiem czy to jest rozwój cywilizacyjny czy raczej upadek...
Janek, 2008-12-09 23:36:20, napisał/a:
Czy napisałem już, że Łucja jest niesamowita, że tak sobie świetnie daje radę na takim 'sprzęcie'?! Zobaczcie na pierwsze zdjęcie!!
Skomentuj ten wpis!


postami.






