
Ścieżka coraz stromsza i bardziej śliska, błoto oblepiające buty ciąży jak kajdany. Słyszę łomot krwi w skroniach i swój pośpieszny oddech…
Większość z nas wiele słyszała o biegu Rzeźnika. Ja również już na początku swojego biegania natrafiłem na informacje o tej imprezie. Tak, tak, przyznaję, że już w ubiegłym roku zadawałem jednemu z doświadczonych biegaczy pytania na jej temat.
Wtedy usłyszałem rozsądne – „jeszcze za wcześnie”.
To chyba była dobra rada. Z perspektywy czasu widzę, jaki ogrom prac przygotowawczych udało się przez ten rok wykonać. Ten wysiłek plus doświadczenia, o których będzie później, pozwoliły nam w ubiegłym tygodniu z pewną swobodą zmierzyć się z tą legendarną trasą.
Oczywiście w „naszym wieku” nie mieliśmy zamiaru walczyć o super wyniki. W pierwszej próbie stawialiśmy sobie za cel zmieszczenie się w ustalonym limicie czasu i dotarcie na metę bez strat na ciele i umyśle. Chcę też podkreślić, że twórcą naszego małego sukcesu jest Andrzej Paterek. On pierwszy wysunął tę propozycję „nie do odrzucenia”. Stało się to około lutego i od tej pory mogliśmy już biegać mając wytknięty śmiały cel. Z pewnością pomagało nam to szczególnie w momentach, kiedy się nie chciało (a na pewno takie były). Oczywiście, jak to w życiu bywa, nie udało się zrealizować planów na treningi biegowe w górach. Z pewną zazdrością i zgrozą czytaliśmy na forum o przyszłych „Rzeźnikach” biegających niczym kozice po górskich perciach. Nam pozostała Warszawa i okolice Olsztyna. Musieliśmy zaprzyjaźniać się z warszawską skarpą – ulice: Książęca, Myśliwiecka i Agrykola stały się naszymi ulubionymi terenami treningowymi.
Oczywiste, że tuż przed startem owiany legendą bieg budził jeszcze większy niepokój. Noc poprzedzająca bieg była na szczęście krótka. Oszołomieni wczesną pobudką, pozwoliliśmy o 1.30 wywieźć się na miejsce startu w Komańczy. Tam czekały na nas bębny i startowy strzał z broni długiej... zaczęło się...
A zaczęło się jak to w Bieszczadach, już po godzinie od startu burzą i co najmniej godzinnym, rzęsistym deszczem. Potem było tzw. „normalnie", czyli mgła i wszechobecne, lepkie błoto, (choć bywalcy twierdzą, że nieco mniejsze niż w ubiegłym roku).
Od startu jednego byliśmy pewni: biegniemy odcinki poziome i zbiegi, nie biegamy pod górę!
Realizując te zamierzenia, na pierwszym z pięciu etapów, do przełęczy Żebrak docieramy z kilkudziesięciominutowym zapasem poniżej narzuconego limitu czasu. Po krótkiej przerwie, drugi etap od Żebraka do Cisnej pokonujemy w tym samym rytmie. Zaznaczę tu ważną rzecz – w trakcie przygotowań i w momencie startu mieliśmy z Andrzejem porównywalne możliwości fizyczne, wiek i plany. Podkreślam to, ponieważ już na tym początkowym etapie widać było trudności w dopasowaniu się niektórych zespołów, powołanych dość przypadkowo np. z użyciem Internetu. W mojej opinii, przy tak długim wysiłku w terenie górskim dobrze jest mieć przy sobie nie tylko silnego biegacza, ale i kogoś, kogo można nazwać „partnerem” w sportowym pojęciu. To była jedna z naszych mocniejszych stron, drugą okazała się duża wprawa w pokonywaniu zbiegów. Zaobserwowałem, że sprawni biegacze prześcigający nas na podejściach, zostawali w tyle w trakcie zbiegów. Wydaje nam się, że procentowały tu lata turystyki górskiej i dziesiątki zejść w stromym terenie.
W taki spokojny sposób, zdobywając kolejny „zapas” czasu docieramy do Cisnej. Tu odbywamy przesadnie, jak później skonstatowaliśmy, długi popas.
Wreszcie, już zaopatrzeni w kijki pobrane z przepaku, ruszamy dziarsko ;) pod górę. Ten trzeci etap, wiodący do miejscowości Smerek, okazał się podobny do tasiemca. Dystans zdawał się nie mieć końca. Ale czujemy, że siły jeszcze są, napieramy jak możemy. Pewną atrakcją, poza poprawą pogody, było spotkanie na Okrągliku z ratownikami GOPR i Służbą Graniczną, a nieco dalej z solidnych rozmiarów jeleniem. Pod koniec tego odcinka zaczęło jednak dawać znać o sobie zmęczenie. Trudniej było mi zmobilizować się do biegu. Na tzw. drodze Mirka, odcinku niby wygodnym, lekko pochyłym asfalcie …… jednak już w całości po nim nie biegliśmy. Wychodzą tu nam jeszcze interwały: kilkaset metrów biegu na przemian z marszem. Obserwując sąsiednie ekipy, widzimy, że nasza niechęć do biegania nie jest odosobniona. Na usprawiedliwienie dodam, że były to okolice 50 kilometra.
W Smereku, na przepaku po III etapie nadal utrzymujemy zapas czasu, więc nieśmiało zaczynamy marzyć….
Do realizacji tych marzeń już tylko zostawić za sobą Połoninę Wetlińską i Caryńską…prawda, że niewiele?

Zapas czasu, pomoc kijków i już niewiele ponad dwadzieścia kilometrów do mety pozwoliły nam uwierzyć, że marzenia staną się faktem. Pod koniec w zabawny sposób zagrała w nas jednak ambicja. Nagle uświadomiliśmy sobie, że celowanie w końcówkę limitu czasu może spowodować zajęcie ostatniego miejsca wśród kończących ekip. O nie! Przecież mamy jeszcze sporo siły! Ruszyliśmy z kopyta, na szczęście w dół, uruchamiając nasze stare tatrzańskie doświadczenie w zbieganiu. Udało nam się wyprzedzić jeszcze kilka zespołow. Szczęśliwi, że wszystko ma swój koniec dotarliśmy do mety w Ustrzykach Górnych.
Plan zrealizowaliśmy, w dodatku nie doprowadzając się do kontuzji ani nie wywołując żadnych długotrwałych dolegliwości. Ja po raz pierwszy użyłem getrów obciskających (CEP) zakupionych w zaprzyjaźnionym sklepie ERGO. Wierzę, że to dzięki nim na całej trasie nie miałem żadnych problemów ze skurczami, które wcześniej, przy okazji maratonów czasem mi dokuczały. Jak przystało na świeżo upieczonych „Rzeźników” natychmiast zaczęliśmy myśleć… no, zgadnijcie o czym?
Tak, dobrze odgadliście – o tym, jakby tu się przygotować, żeby „urwać” trochę czasu na przyszłorocznym biegu Rzeźnika!
Z perspektywy tych kilku dni widzimy jak wiele czasu straciliśmy na punktach żywieniowych i przepakach. W tych miejscach jest duży potencjał do oszczędności. No i znów trzeba się solidnie namęczyć na treningach, to może będzie trochę lepiej. Ale jak to na Rzeźniku, wszystkiego nie przewidzisz. Oby, więc nie było gorzej! A tegoroczna inaugurację uważamy za udaną.
Jacek Bojarowski
Napisał/a: Janek, 2011-07-04 22:14:01 komentarze (10) || skomentuj
DyMnO 2011 – trasa E – ANALIZA
Przepraszam, że tak późno publikuję jakąś relację – nie mogłem do tego usiąść wcześniej. Mój opis będzie mniej nastawiony na dzielenie się wrażeniami przyrodniczymi, a raczej chcę się skupić na analizie tego, co się działo na trasie. W każdym razie nizinna Polska jest PIĘKNA. Mieliśmy kapitalną pogodę, więc mogliśmy delektować nadbużańskim krajobrazem w promieniach słońca. Ach! Dumny (dymny) jestem z tej polskiej krainy.
Dobra, to by było na tyle z opisów wrażeń przyrodniczych.
Przed rajdem
Ogólnym założeniem na rajd było poćwiczenie biegania na orientację (jak wiecie zależy mi na tym ostatnio) oraz zaliczenie etapu kajakowego (w zeszłym roku ponoć był arcyciekawy!). Jako, że w tym sezonie w ogóle nie jeździłem na rowerze (20-30km w tygodniu poprzedzającym DyMnO) to z rezerwą podchodziłem do etapu rowerowego. Traktowałem go jako zło konieczne (czyli np. środek transportu na etap kajakowy). Zawody planowaliśmy z założeniem „nic nie musimy”, a na rowerze robimy ile nam pasuje i ile mi sił wystarcza - potem popływamy sobie kajakiem, a etap pieszy ma być priorytetowy, bo chodzi o ucztę nawigacyjną. Tata oczywiście nie miał tylu obaw, co do swojej formy rowerowej i nastawiał się, że „wyjdzie jak wyjdzie”, czyli LUZ.
Dzień przed startem
Na rajd wybraliśmy się w piątek, noc przedrajdową spaliśmy na działce u taty Stasia, oddalonej o 20 min. jazdy od bazy zawodów. To był dobry trik – jestem przekonany, że na zbiorowej sali nie wypoczęlibyśmy zbytnio. Chociaż i tu nie było dużo spania, bo tata postawił na swoim i budzik po raz pierwszy zadzwonił o 5:00…
Nocowanie poza bazą wiązało się odpuszczeniem odprawy – jak widać da się pominąć ten element, jakoś daliśmy radę na całej trasie. W bazie byliśmy o 6:30 i jak zwykle w pośpiechu robiliśmy ostatnie przygotowania. Jak się okazało od 6:50 wydawali mapy, na rynku pojawiłem się (sam) około 6:55, ale tata dojechał chwilkę później i już razem zdecydowaliśmy jaki wariant wybieramy.
Ruszyliśmy o 7:05
Etap rowerowy miał 14PK na dwóch mapach formatu A3 (1:50 000) + dodatkowym arkuszu z wycinkami okolic PK w skali 1:25 000 – dwa razy liczyłem te wszystkie kółka, bo w pierwszej chwili nie mogłem ogarnąć całej papierologii. Jednym z PK był etap kajakowy (czynny w godzinach 10:30-18:00). Wstępnie myślałem, żeby go umieszczać w środku, ale nie specjalnie było jak, więc nie mieliśmy wyboru – musieliśmy zagarnąć wcześniej wszystko (błąd nr 1) i dopiero jechać na kajak.
Nasza kolejność zdobywania PK: 21, 20, 3, 4, 5, 12, 6, 11, 7, 10, OS, 24, 25, 23, 22.
Szczególnie dumny jestem przejazdu pomiędzy PK4 i PK5. Naprawdę te przecinki, które były na mapie, nie były specjalnie wyraźne w lesie, a trzeba było trochę po nich kluczyć, bo nie było prostego wariantu – łatwo było o błąd. Mi udało się wszystko idealnie bez najmniejszego błądzenia, co mnie mocno podbudowało! Nie wszystkim udało się znaleźć PK5.
Analiza etapu rowerowego
W sumie do kajaku jechaliśmy 8 godzin i nabiliśmy 94km (z teoretycznych 90km całego etapu). Na końcu miałem już mocno dość siedzenia na rowerze – bolały plecy, kark i tyłek. Widać było, że nie jeździłem w tym sezonie. Średnie tętno 145bps (73% HRmax).
Na postawie tracku GPS wiem, że straciliśmy:
- 6 min. na wariancie po PK20
=> wybrałem wariant na skuchę zapominając, że z rowerem nawiguje się ciut inaczej,
5 min. głupio jadąc o przecinkę za wcześnie na PK3 - => nie zauważyłem wyrwy ze skarpą zaznaczonej na wycinku 1:25 000 – jakbym się zorientował to byśmy tam nie skręcili,
- 10 min. szukając PK7 na wydmie za wcześnie
=> dekoncentracja i zgubienie dokładnie miejsca gdzie jestem na mapie.
Moim zdaniem naprawdę nieźle! Ale!
Nie wiem jak to się stało, ale nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę jakiś punkt odpuścić. A jak pokazały nasze późniejsze przygody na etapie pieszym to chyba warto było zaoszczędzić trochę czasu na rowerach. Na drugim i trzecim miejscu na mecie były zespoły z karami czasowymi z etapu rowerowego. Jak mnie, jadącemu na DyMnO pełnemu obaw co do rowerowej formy, nie przyszło do głowy, żeby coś odpuścić na tym etapie…?! Zdecydowanie nie doceniałem trudności etapu pieszego – myślałem, że go dmuchniemy w 3-4 godziny (eeeeh…).
Kajaki dla intelektualistów
Tak z różnych relacji kojarzyły mi się etapy kajakowe z DyMnO. Wiedziałem, że będzie trzeba jakoś sprytnie wykombinować przenoski, by nie pływać pod prąd. Do targania kajaka byliśmy przygotowani – mieliśmy zestaw taśm alpinistycznych (dzięki Arus!). Zabaw się i wybierz kolejność zdobywania PK – mapa jest TU.
My, nie zastanawiając się jakoś wybitnie długo postanowiliśmy podpłynąć po jeziorku, a potem przeciągnąć kajak do PK G. Troszkę się przy tym spociliśmy… i mieliśmy czas na przemyślenia. Niestety w pół drogi zorientowałem się, że nie jest to optymalny wariant. Trzeba było popłynąć do PK A i B, tam przeciągnąć kajak do G i dalej znów płynąc z prądem. Trudno – może za rok nam się uda.
Przygody mieliśmy (miałem) przy PK A i B, które podbijałem na nogach, tzn. tata został w kajaku, a ja śmignąłem po punkty. PK A wymagał trochę balansowania na jakichś kłodach, ale nie trzeba było się zbytnio moczyć. Natomiast przygodę miałem na punkcie B. Po pierwsze błędnie wypatrzyłem koniec jeziora na zdjęciu i PK szukałem w złym miejscu. Jak już mnie oświeciło i znalazłem punkt to uświadomiłem sobie, że ten PK jednak powinienem podbijać z kajaka… bo wisi na najdalszej gałęzi powalonego w jeziorko drzewa… Nie zastanawiając się długo postanowiłem trochę się schłodzić w wodzie… Fajne są takie rajdy, gdzie takie Zadania Specjalne wynikają z urozmaicenia trasy, a nie są wymuszone w jakiś sposób. Super!
Odnośnie analizy to jeszcze z dzisiejszej perspektywy widzę, że mogliśmy zacząć etap od zrobienia PK F i OSu kajakowego – to zaoszczędzilibyśmy dosłownie kilkaset metrów i kilka minut. Wtedy też całość wychodzi w 9,5km, o których pisał budowniczy trasy.
Nasz kajak to 10km + ok. 2 km biegiem, w sumie 2h45. Z pierwszej godziny (wraz z przepakiem) średnie tętno = 136 bps.
Etap pieszy
Z kajaka mieliśmy ok. 7 km do bazy, wraz z przepakiem po kajaku i przed trekkingiem zajęło to nam 0h45. Nasz luz było widać, że nie spinaliśmy się tak w strefach zmian.
Dostępne mapy: BnO 1 | BnO 2 | Zadanie Specjalne
Mapy – znów plik papierów. Trzy mapy + ortofotomapa z ZS (ta sama mini pustynia, co OS na rowerze). Wybiegamy na BnO1 – coś mi mapa nie gra, jakoś nie mogę się wczuć… koncentracja ucieka. Nie! To nie koncentracja! To źle przeczytałem skalę – nie jest 1:33 333 tylko 1:13 333! Duża różnica – teraz już wiem czemu tak szybko nam mapa z pod nóg uciekała. Wybieramy kolejność: B, A, D, C, E, H, K, L, J, M, N. PK G zostawiamy sobie na koniec, żeby go zgarnąć wracając będąc na drugim etapie BnO (na innej mapie). Chwilę szukamy jedynie PK M, tracimy tam aż 14 minut, bo jakoś nie możemy znaleźć mini przecinki, o którą chodzi. Łażę w tę i z powrotem, wyliczam metry… W końcu tata znajduje lampion.
Wchodzimy na drugą mapę – klasyk na starej mapie. Jest już zachód słońca – chcę jeszcze chociaż pierwszy PK zrobić za dnia. PK 1 znajdujemy bez większego problemu. PK 2 już szukamy z latarkami. Potem biegniemy po dobrych drogach długi przelot – nadkładamy 500m dobiegając do Ukazów. Trudno – 3 czy 4 minuty w plecy. Na asfalcie robimy sobie prawdziwe bieganie. Jeden z km na tracku wyszedł nam 6:13/km – może być, zważywszy, że to 16ta godzinę napierania. PK 8 bez przygód, potem idziemy beznadziejną zalaną wodą droga na skraju lasu i pola. Namierzamy się na PK 9. Nie za dużo będę mówił - zobaczcie na obrazek. Zabrakło 40m!!! Droga, którą myślałem, że idę (a może tam jakaś była?!) to było jedno wielkie rozlewisko – brodziliśmy w wodzie do pół łydki. Tata nie był przekonany do tego sposobu dojścia i trochę psioczył idąc
gdzieś z tyłu… Jak wyszliśmy na drogę to nie zorietowaliśmy się, że to może być ta „nasza” przecinka. Eh, błąd nr 2. No i 20 minut szukania poszło w błoto.Po wycofie z 9tki – obaj mamy dość tego łażenia po wodzie (i na skraju lasu/pola i potem w okolicach PK). Idziemy zrobić łatwy OS czy też ZS – mamy do odszukania trzy PK na podstawie zdjęcia lotniczego.
Główne przygody zaczynają się na BnO2. Na pierwszym PK O spotykamy Stryki-Byki - fajnie kogoś spotkać, bo cały rajd napieramy sami. Potem chcemy lecieć na S, T, P, U, R, G, W, X, Y, Z – „przecież cały ten etap ma 7,5km - to robi się w jakąś godzinę!!!”. Taka była wtedy ogólna koncepcja, ale chyba nie była to realna ocena (z czego nie zdawałem sobie sprawy), bo do limitu czasu mieliśmy 1,5h.
Niestety PK S szukamy chwilę nie na tej krawędzi kultur (tracimy 5-10 minut); ja jestem już zmęczony, na PK nawet leżymy chwilę i decydujemy, że nie musimy robić wszystkim PK, bo nam się „nie chce” – teraz celujemy w T, X, Y, Z – te są blisko. Panuje ogóle rozprężenie. Chociaż jak się ruszamy to sportowa zaciętość nie odpuszcza i zaczynam wyliczać ile musimy zrobić PK, by na pewno być przed Stryki-Byki. Oni nie zrobili całego klasyka (czyli liczę, że mają 4h kary). Uświadamiam sobie, z jeśli zrobimy jeszcze tylko cztery PK to będziemy mieli 4h kary – czyli tyle co oni, a oni będą wcześniej na mecie. W takim razie ruszamy z kopyta. W międzyczasie zrobiło się późno – mamy niecałą godzinę. Postanawiamy dołożyć jeszcze PK U – tak też robimy.
Punkty T i U wchodzą bez większych problemów – panuje ogólny spręż. Biegnę na X, szybko nawiguję i skracam sobie idąc wzdłuż krawędzi lasu i „żółtego”. Tata się trochę gubi na tym manewrze – ja macham na to ręką, bo przecież zaraz wejdę na drogę, a z drogi zaraz w dołku jest PK. Atakuję i idę coraz wolniej, wolniej, wolniej… patrzę na mapę… grrr… nie znalazłem go. Rozglądam się dookoła – „nie ma go!”. Tata idzie równolegle z lewej też nic nie widzi. Wydaje mi się, że już za głęboko weszliśmy w las, teren mocno opada – „to chyba już za daleko” (od punktu znów jestem oddalony o 40 metrów). Wracam namierzyć się jeszcze raz, dokładnie i powoli. Proszę „Pana światło” (tata ma Myo RXP), żeby mocno świecił i oświetlał rzeźbę, bo ta powinna nas naprowadzić. Niestety baterie już odmówiły współpracy i musze świecić sobie sam. Namierzam się od dołka na otwartym terenie, kierunek mam dobry, ale za wcześnie wchodzę w las – wydaje mi się, że idę za daleko, ciężko mi w ciemności określić odległość – mam problemy z rozszyfrowaniem kształtu rzeźby. Szkoda, że PK nie mają odblasków… Czas nas goni, tracimy tu 17 minut i sporo werwy. Odpuszczam. Lecimy biegiem dalej. Nie specjalnie wiem gdzie jesteśmy. Wydaje mi się, że możemy jeszcze przelotem zaatakować na PK U, ale wypadamy w dziwnym miejscu, przy wielkiej wycince o dziwnym kształcie. Po chwili widzę takie miejsce na mapie – „uff – wiem którędy do bazy”. Biegniemy szybko (tempo 6’00”), do limitu mamy ok. 20 minut. Nawiguję dokładnie, by znów się nie pomylić – jestem wściekły za porażkę na poprzednim PK. Dobiegamy już prawie do końca. Straciłem rachubę licząc przecinki na ostatniej prostej przed PK Z. Jak dobiegam do takiej, która nie ma dalej na wprost zaczynam atakować na PK – „cholera znów niego nie mogę znaleźć!”. Presja czasu, biegam jak w amoku. „Aaaa! Muszę go znaleźć – co się ze mną dzieje?! Tak świetnie nawigowałem na rowerze, a teraz?!”. Po drugiej próbie odpuszczam, bo musimy zdążyć na metę (w sumie na szukanie przeznaczyłem 5 min.). Tatę wysłałem w kierunku bazy – teraz się z nim echolokuję, bo straciłem orientację. Jest asfalt. Biegniemy do mety. Ja z przodu, tata z tyłu. Orientuję się, że szukałem w złym miejscu, bo dopiero po chwili dochodzi droga, przy której powinniśmy wyjść z lasu. Cholera! Do bazy mamy 700 metrów. Na metę wbiegamy 00:59 jak ktoś odlicza już sekundy do końca zawodów. Eeeeh.Na piechotę nabiliśmy 36 km, czyli więcej niż miała mieć całość (nie wiem jak to się stało!). Na trasie etapu pieszego zamiast planowanych 3 czy 4 godzin spędziliśmy 6h29!!! Grrr! A to przecież miał być priorytet?!
PS
Jak teraz patrzę na nasz track nałożony na mapę do BnO – jej, przecież tam jest tak blisko od punktu do punktu. Wystarczyło kawałek dalej pobiec i mogliśmy mieć inny PK. Naprawdę musiałem być zmęczony poprzednimi etapami, że tak sobie odpuściliśmy i wlekliśmy się na tym ostatnim BnO – przecież to 7,5km! Masakra! Może to być efekt tego, że w tym sezonie nie trenuję specjalnie wytrzymałości i naprawdę byłem „wypruty” (co widać trochę na zdjęciu). A może nie trenowanie roweru i zrobienie 100km na zawodach tak mnie wymęczyło…? Sam nie wiem.Podsumowanie
Zrobiliśmy 200% normy - 4 miejsce nas bardzo cieszy. Z luźnego wyjazdu na ciekawy rajd zrobiło się ściganie i walka o podium. Było bardzo fajnie, chociaż rower dał mi w kość. Na trekkingu też byłem dość mocno umęczony i przestało mi się podobać (szczególnie te niekończące się rozlewiska). Ale teraz już o tym uczuciu zapomniałem i nie mogę doczekać się kolejnej przygody. Jedyne co nadal mocno pamiętam to ta nocna nawigacja…
Fotografie nr 1 i 2: niezawodny Piotr Silniewicz, www.silne-studio.pl
Napisał/a: Janek, 2011-05-23 12:27:20 komentarze (8) || skomentuj
Koniec sportowych wakacji! Działamy!
Szanowni Państwo, u mnie pojawiła się nowa energia. Jest wiosna, przeprowadziłem się, nie mam Internetu zżerającego wolny czas w domu, a do tego jest środek sezonu biegowego-sklepowego… To daje mi pewien luz. No i udało mi się zrealizować trzy kolejne trening tak sobie zaplanowałem, ha! Traktuję to jako dobry znak.
Może jedynie postępy w mojej pracy magisterskiej nie idą tak szybko jak planowałem, ale i na tym polu codziennie robimy z Mikołajem postępy.
Chciałem Wam powiedzieć, że byłem wczoraj na swoim pierwszym biegu ulicznym na 10km, biegłem w Grad Prix Żoliborza. Moim celem było nabiegać 45min (tempo 4’30”). Lekko hamując się na początku, żeby nie przeszarżować (bo przecież nie wiedziałem jak się będę czuł za 7 czy 8km) udało się to założenie zrealizować. Pełen zapis tego biegu znajdziecie tutaj:
http://www.movescount.com/moves/move1732181
Kilka ciekawostek, którymi chciałbym się podzielić:
- siły na bieg z palców wystarczyło mi na pierwsze 2 km… trzeba robić więcej szybkich treningów, więc będę starał się, co jakiś czas trenować na stadionie.
- po około 6km zmieniłem sposób oddychania na usta-usta. Wcześniej oddychałem jak w transie – wdech nosem, wydech ustami. Zmianę tę widać pięknie na wykresie Respiration; co ciekawe od razu poczułem się jakoś lepiej, swobodniej i luźniej. Następnym razem od razu będę tak oddychał.
- brakowało mi siły CORE. Słabe mięśnie brzucha nie pozwały mi na mocną pracę rąk. Ewidentnie nad tym też chciałbym popracować, od jakiegoś czasu robie brzuszki, ale musze się do tego bardziej przyłożyć. Zresztą to chyba nie chodzi o brzuszki tylko o te mięśnie pod spodem.
- podczas biegu czułem, że moje prawe kolano i biodro nie utrzymałoby takiego tempa przez 20km. Prawdopodobni chodzi tu o zdiagnozowaną po przeciążeniu na Nike Grid rotację miednicy i blokadę stawu krzyżowo-jakiegośtam. Muszę skorzystać z pozostałych trzech spotkań, jakie mi zostały z „Pakietu Biegacza” w Carolina Medical Center.
Ogólnie ściganie jako intensywna forma treningu bardzo mi się spodobało. Będę to częściej praktykował. Dlatego dodałem (i będę dodawał) różne zawody biegowe do kalendarza NK. Ja z chęcią będę jeździł.
Oto podsumowanie kalendarium:
- lany poniedziałek – 10km BnO w Falenicy (regulamin)
- we wtorek na ErgoTrening robimy na bieżni test na tętno na progu mleczanowym.
- w czwartek proponuję testowanie butów Nike Free na ErgoSpotkaniu i trening podbiegów z Wojtkiem Staszewskim
- 3 maja jest Bieg Konstytucji (5km) – trasa atestowana
- w weekend majowy są też zawody BnO (info od Piotrka Silniewicza) – ogólnie chciałbym więcej biegac na orientację.
- W następny tydzień jest DyMnO, na które chciałbym się wybrać. Chyba na trasę E.
- 29 maja biegniemy EKIDEN na Polach Mokotowskich. Może wystawić ekipę Niezłej Korby?! Co prawda Łucja, tata, Mania i ja jesteśmy już inkorporowani w teamy ERGO... ale Jacek, Olek, Walecha, Marta, Natka, Parzyszkowie moglibyście złożyć skład. Hm?
PS
Ten post powinien automatycznie opublikować się na fanpage'u na facebooku. Zobaczymy. :)
Napisał/a: janek, 2011-04-21 18:20:19 komentarze (11) || skomentuj
Za nami kolejny start w tej coraz popularniejszej imprezie Compassu. Tym razem zimowy. Byliśmy w nieco mniej licznym składzie niż na GEZnO, za to bieganie po górach zimą to jest to! W piątek, przyjechaliśmy już po zmroku. Całą drogę od Szklarskiej Poręby do Zawoi towarzyszyła nam mgła. Ze Szklarskiej Poręby, dlatego że właśnie kończył się nasz pięciodniowy trening na biegówkach, przed Biegiem Piastów. Mgła była złośliwa do samego końca drogi. Baza, czyli schronisko młodzieżowe w Wełczy, nie było oznakowane, jednak budynek szkolny nietrudno było rozpoznać. Na miejscu byli już Jacek z Maciejem. Po za tym, póki co na rajd nie przybyło zbyt wiele osób, co napełniło nas nadzieją, że część zrezygnowała. Szybko się rozpakowaliśmy, zjedliśmy kolację i odebraliśmy swoją kartę startową, a przy sekretariacie zawodów czekała nas niespodzianka, bowiem jutrzejszy start był przełożony o godzinę w przód. W końcu przyjechali również Olek i Marta. Do końca dnia towarzyszył nam strach przed nagłą pobudką w nocy przez przyjeżdżających ludzi.
Noc minęła spokojnie. Gdy obudziliśmy się za oknem sypał śnieg, zrobiło się biało, podczas gdy wczoraj zanosiło się na iście jesienne warunki. Śniadanie, przygotowanie do startu, przebranie się i chwilę później zeszliśmy na dół po mapy. Szybki wybór trasy i ruszamy, organizatorzy proszą tylko byśmy startowali prawą bramą, w celach filmowych i reporterskich. Wystartowaliśmy. Obraliśmy wariant widoczny poniżej.
Do pierwszego punktu weszliśmy drogą, było ślisko, małe kamyki były lekko przyprószone śniegiem. Co ciekawe, droga była ubita i przygotowana pod wylanie asfaltu. Tylko po co im asfalt prowadzący w góry? Przed nami przemykają małe sarenki. Dochodzimy powoli do punktu 8, niestety ostatni fragment jest ostro pod górę wzdłuż strumienia. Ze względu na bolące żebro taty szybko ustaliliśmy, że takie wypady, będę wykonywał szybko ja. Ciach! Ach! Genialnie się zbiegało po tym zmrożonym śniegu, kiedy to pięty wpadają w śnieg i jesteś nadzwyczaj stabilny. Piękna chwila. Lecimy dalej, pakujemy się pod górę i szybko wchodzimy na drogę. Co ciekawe mijamy punkt numer 1, wiec dziwimy się, co się stało, jednak był to punkt dla drugiego etapu. Generalnie, gdy stamtąd wyszliśmy do punktu numer 7 było tyle śladów, ze nawet źle nawigując nie można było zabłądzić. Szybko doszliśmy do 5, równie szybki przeskok na szósteczkę. Pod punkt 10, było niezłe podejście. Punkt był bardzo przyjaźnie położony. Ostatnie podejście na dziś, punkt 9 i zejście do bazy. Łatwo miło i przyjemnie. Wieczorem zajadamy się pizzą z miejscowej restauracji.
Drugiego dnia limit był nieco mniejszy, ale za to musieliśmy wcześniej wstać. Nasypało jeszcze więcej śniegu, co nareszcie zaczęło czynić ten rajd zimowym. Tym razem start lewą bramą. Żebro dalej boli. Mocniej. Nie dobrze. Jednak tata stara się dzielnie napierać dalej. Wybraliśmy fatalny wariant, jak okazało się po wieczornych głębszych przemyśleniach. Ten etap był dla mnie dużo przyjemniejszy, miałem wiele energii. Zaliczamy po kolei 1, 2, 3 do 4 nie zdążyliśmy gdyż te pierwsze cztery były scorelaufami, były ściągane o 11:30. Przelot do 8. Było ciężko. Dróg, które były na mapie, wcale nie było w terenie, woda w camelu nam zamarzła, Snickersy również. Pokonaliśmy grzbiet i zeszliśmy na drugą stronę do drogi, a tam już tłumy biegaczy, co chwilę nas wyprzedzali. Autostrada z 7. Nie przejmujemy się tym i zdobywamy jeszcze 8 i 9. Dziewiątka była moim wypadem do góry wzdłuż strumienia z całkiem przyjemnym zbiegiem po polu. Wróciliśmy, tak naprawdę idealnie wyrobiliśmy się w limicie czasu. Dziś było mroźno, z czego nie zdawaliśmy sobie na początku sprawy, bo okazało się że było -7 stopni, w porównaniu do wczorajszych -2. Drugiego dnia więcej mijaliśmy się z zespołami, co działało motywująco, choć z drugiej strony cisza poprzedniego dnia była genialna!
Podsumowując rajd był dla mnie udany. Dla taty pewnie mniej ze względu na wspomniane już żebro. Jednak fajnie jest pobiegać sobie cały dzień po śniegu, na dodatek w górach! Trzeba było przestawić nogi na inny rodzaj ruchu po biegówkach. Nawigacja tym razem szła nam nad wyraz dobrze. Ostatecznie zajęliśmy 14 miejsce, na 18 zespołów. Gdyby nie kontuzja to do dziesiątki moglibyśmy się pewnie dostać. No cóż… następnym razem. Czuję, że chciałbym wystartować z kimś mocniejszym, bo wiem, że stać mnie na więcej, niestety tutaj nie mogłem tego za bardzo pokazać, ale i tak wróciłem do domu szczęśliwy.
Adam Parzyszek
zdjęcia: Paweł Banaszkiewicz (https://picasaweb.google.com/bikemavic/021920BrugiWinterTrophyZawoja#)
Napisał/a: Olek, 2011-02-27 17:10:26 komentarze (1) || skomentuj
Zimowe biegi górskie w Falenicy
Sobotnie przedpołudnie to w Falenicy czas wielkiego bazaru, który rozlokowuje się przy Bystrzyckiej. Pasiaste namioty, tłumy ludzi i wszystkie chodniki zastawione samochodami. Swojsko.
Jednak już kawałek dalej krajobraz ulega diametralnej zmianie. Zapomnianych w materialistycznym szaleństwie niskich cen ludzi zastępują smukłonodzy biegacze w opiętych lajkrach. Rozgrzewka jest grana.
Rejestracja w szkole. Trzeba podać dane i podpisać, że biegnie się na własną odpowiedzialność. Standard. Oddaję monetę z piątką, a dostaję numer 256. Niezła wymiana. Można biec na dychę, 6.66 lub 3.33 km. Wybieram najdłuższy dystans i biegnę na start. Do lasu, jakieś 300 m na północ. Po drodze miga mi pomarańczowy buff 360 st.
Przed linią początkową kilkadziesiąt osób. Nie muszę się nawet rozglądać, bo szybko wypatrzył mnie Maciej. Razem z Jackiem są już tu od jakiegoś czasu. Rozgrzewamy się chwilę, w tłumie grupce obok wypatruję jeszcze Marka Troninę, a potem zajmujemy miejsca do startu. Przeciskam się trochę bokiem, ale zupełnie nie wiem jak blisko/daleko mam stanąć. Zupełnie przypadkiem staję obok Marka, który radzi przesunąć się jeszcze kawałek do przodu. Podobno na trasie trudno jest wyprzedzać, więc jeśli biegam dychę w 41 min powinienem być bliżej startu.
Zaczynam oczywiście zbyt szybko. Fala niesie, peleton jeszcze się nie rozciągnął, więc wyprzedzając trochę biegnę po krzakach. Mijamy zdradliwą oponę postawioną na sztorc wzdłuż trasy (jest oznaczona przez orgów sprayem na czerwono) i zaczyna się pierwszy podbieg po stoku wydmy. Na szczycie nie ma już tłoku, wydzieliły się grupy, biegniemy gęsiego. Chwila po płaskim i zbieg.
Cała pętla ma długość 3.33 km, 7 podbiegów (4 na jednym i 3 na drugim stoku), 7 zbiegów (;-)) i trochę po płaskim.
Pierwsze okrążenie robię w tempie po ok. 4:20 i kiedy mijam metę myślę, że jeszcze dwóch nie dam rady... Na pulsometrze widzę 18 i zmieniającą się trzecią cyfrę. Ósemka za nic nie chce zmienić się w siedem. Ciągnę dalej i tylko czuję jak słabnę. Co raz częściej opuszczam pięty i wydłużam krok. Walczę, by za wszelką cenę zachować kontrolę nad techniką biegu. Druga pętla mija mi więc na zwalnianiu. Nieznacznym, ale wyczuwalnym. Wyprzedza mnie z 5 osób, ale też ja wyprzedzam kilka.
Na trzeciej pętli jest już z górki. Przez chwilę mam nawet wrażenie jakbym przyzwyczaił się do tego paranoicznego tętna. Wrażenie szybko mija. Wyprzedzam jakąś dziewczynę w buffie 360 st.
Wreszcie ostatni zbieg. Wyrywam co sił, by wyprzedzić kilku zawodników przede mną. Jeden, drugi, doganiam trzeciego. Wypłaszczyło się już, powinienem widzieć metę. "To nie był ostatni zbieg?" - pytam z przerażeniem dogonionego zawodnika. "No nie, jeszcze jeden podbieg!" - odpowiada tamten i jak na komendę: zakręt i przed nami stok wydmy. "Cudownie..." - myślę sobie widząc na zegarku 196 - "To sobie pobiegałem." Nie mam siły, żeby gonić gościa na podbiegu. Na szczycie patrzę za siebie, ale na szczęście są tylko zawodnicy krótszych dystansów.
Wreszcie ostatni zbieg. Tym razem już na pewno. Na ostatnich 50 metrach wyprzedzam gościa i wpadam na metę. Podaję swój numer i staram się jeszcze potruchtać. Po chwili wyłączam stoper - 45:40. Rozciągam się i czekam na Jacka i Maćka. Chyba też są zadowoleni.
Falenicę polecam wszystkim. Trasa jest wymagająca. To nie jest jakaś tam asfaltowa szybka dycha. To konkretne podbiegi (255 m przewyższenia), nierówne ścieżki, kluczenie między drzewami, śnieg i kopny piasek, śliskie korzenie. I wyborna konkurencja - czołówka śmiga po 35-36 minut. Do tego blisko i tanio. Czego chcieć więcej?
Najbliższy bieg już za niecały miesiąc - 19 lutego. Reszta terminów w naszym kalendarzu.


Napisał/a: Olek, 2011-01-23 17:56:48 komentarze (8) || skomentuj


postami.






